Boze Narodzenie

Troche zajelo mi zabranie sie za tego bloga, ale ostatecznie – here we go! Wyniklo to tez po czesci z faktu, ze po prostu szkoda mi bylo czasu, tak sie swietnie bawilam z rodzina goszczaca! 🙂 W Austrii szkolna przerwa swiateczna wypada inaczej niz w Polsce, wiec 23.12 jeszcze mielismy 2 lekcje, a nastepnie przyszedl do nas wychowawca na spotkanie klasowe (w niektorych szkolach sa tylko lekcje wg planu, wiec mialam szczescie!). Wymienilismy sie prezentami, zaspiewalismy, jak na klase muzyczna przystalo, kilka piosenek, a na koniec poszlismy na szkolny dziedziniec, gdzie mozna bylo posluchac wystepu innej klasy, cos zjesc i wypic. To bylo takie spotkanie calej szkoly, po ktorym duzo osob poszlo jeszcze do miasta, glownie na poncz. Kupilam jeszcze ostatnie prezenty i wczesnym popoludniem pojechalam do domu. Reszte dnia ubieralismy choinke i sprzatalismy. Niezbyt mi sie chcialo, ale dzieki temu w Wigilie nie trzeba bylo nic robic! Wszyscy sie wyspalismy, w poludnie zjedlismy obiad, a o 17 zaczelismy swietowanie w naszym domu. Pozniej pojechalismy do babci, gdzie spotkala sie cala rodzina od strony taty. Tam z rodzicami i siostra zaspiewalismy jedna zwrotke „Cichej nocy” po polsku, a chwile po tym cala rodzina polamala sie oplatkiem. Bardzo im sie spodobalo, a mi bylo milo doswiadczyc tez tu czegos tak typowego dla mojej ojczyzny 🙂 . Pozniej bardzo dlugo jeszcze siedzielismy i rozmawialismy, nie moglam sie nacieszyc czasem z bliskimi (to naprawde juz moi bliscy!).

Nastepnego dnia po kosciele pojechalismy od razu do drugiej babci, gdzie spedzilismy caly dzien z rodzina od strony mamy. Tam rowniez bylo bardzo milo i serdecznie, do wieczora rozmawialismy i gralismy w rozne gry. Do lepszej rodziny goszczacej nie moglam trafic! 🙂

Swieta Bozego Narodzenia w Austrii sa generalnie obchodzone podobnie jak w Polsce, z tym ze jest troche mniej tradycji. Za to przynajmniej mialam co opowiadac – o sianku, 12 potrawach, pustym miejscu przy stole itd., a rodzina bardzo chetnie sluchala i dopytywala. Caly ten czas wspominam bardzo dobrze. Obawialam sie wczesniej jak to bedzie, nieraz slyszalam juz o tesknocie pojawiajacej podczas Bozego Narodzenia na wymianie. Ja jednak ani przez chwile nie zalowalam nie bycia w Polsce, doskonale bawilam sie z rodzina goszczaca! Mysle, ze kiedy po powrocie bede wspominac ten czas, zakreci sie lezka w oku… 😉

To juz wszystko na dzisiaj. Teraz jeszcze do konca tygodnia mamy wolne, a potem wszystko ruszy z powrotem starym rytmem. Mam nadzieje, ze Wy wszyscy tez mieliscie piekny czas w Boze Narodzenie (mozecie mi troche opowiedziec 😉 ) i…

…do uslyszenia! 🙂

Reklamy

Adwent, koledy i weekend w Salzburgu

Adwent to zarowno w Polsce jak i w Austrii bardzo szczegolny czas, przepelniony obecnoscia bliskich, przygotowaniami na Boze Narodzenie oraz tradycjami. Dlatego dzisiaj bedzie o rodzinie, dekorowaniu, Christkindlmarktach i wielu innych ciekawych rzeczach, ktorych mialam szczescie tu doswiadczyc :).

Generalnie Adwent polski i austriacki maja bardzo wiele wspolnego. Mimo tego jest kilka roznic, chocby fakt, ze tutaj domy dekoruje sie najpozniej w polowie grudnia. W naszym przypadku mialo to miejsce na samym poczatku miesiaca. Najpierw wspolnie przystroilismy salon, a pozniej z reszty ozdob kazdy mogl sobie wybrac, co chce wziac do pokoju. Swieczek, swiecznikow, talerzykow i wszelkiego rodzaju lancuchow bylo lacznie kilka kartonow, wiec dla wszystkich starczylo. Inna typowo austriacka tradycja jest Christkindlmarkt, ktory mozna znalezc w centrum praktycznie kazdego miasta. To jarmark obejmujacy mniej lub wiecej stoisk, oferujacych najczesciej dekoracje swiateczne, choinki, bizuterie, zimowe ubranie, slone i slodkie przekaski oraz tutejszy hit nad hitami – poncz. W rozmaitych wersjach smakowych, z roznymi rodzajami alkoholu oraz oczywiscie opcja bezalkoholowa (Kinderpunsch – bardzo slodka mieszanina herbat i syropow).
Na poczatku Adwentu odwiedzilismy nasz pierwszy Christkindlmarkt, ktory znajdowal sie przy osrodku dla niepelnosprawnych psychicznie. Wiekszosc sprzedawanych tam rzeczy przygotowywali sami przez caly rok, my kupilismy m.in. wieniec adwentowy. Bardzo mi sie podobalo!

8 grudnia z okazji Niepokalanego Poczecia NMP cala Austria miala dzien wolny od pracy i szkoly. Moja rodzina goszczaca wykorzytala ta okazje, zeby jak co roku spotkac sie u babci na wspolne spiewanie koled i piosenek bozonarodzeniowych. Bylo bardzo milo, no i po raz pierwszy mialam okazje sprobowac swoich sil w nieznanych mi dotychczas koledach ;). Niestety musielismy dosc wczesnie sie pozegnac, zeby spakowac walizki, bo juz nastepnego dnia wyjezdzalismy!

W piatek zgodnie z ustaleniami zostalam odebrana przez rodzine ze szkoly i pojechalismy prosto do Salzburga. Droga minela szybko, a widok z autostrady na Alpy byl niewiarygodnie piekny. Wieczorem wyszlismy do miasta, zjedlismy kolacje i przeszlismy sie po slicznie oswietlonym centrum (Christkindlmarkt!).
Nastepnego dnia wyszlismy z hotelu przed poludniem i rozpoczelismy zwiedzanie wizyta w Festung Hohensalzburg (twierdza, w murach ktorej pierwotnie znajdowalo sie miasto). Trasa przebiegajaca przez rozne pomieszczenia i przejscia, prowadzila m.in. na szczyt wiezy, z ktorej widac panorame Salzburga oraz linie Alp, wspanialy krajobraz. Po wyjsciu z twierdzy zwiedzilismy dom narodzin Mozarta oraz ten, w ktorym pozniej mieszkal. Nastepnie pospacerowalismy troche po miescie i poszlismy na wieczorna msze, zeby w niedziele sie nie stresowac. Na koncu zjedlismy kolacje w restauracji. Do hotelu wrocilismy zmeczeni calym dniem na nogach, ale tez bardzo zadowoleni.
Rano zjedlismy sniadanie i wyjechalismy. Udalismy sie ok. 45 min glebiej w Alpy do miejscowosci Wolfgangsee, znajdujacej sie nad przeslicznym jeziorem o tej samej nazwie. Przeszlismy sie po tamtejszym Christkindlmarkt, jednak nie zostalismy zbyt dlugo, poniewaz zaczelo mocno padac. Pod wieczor wrocilismy do domu.
Ten weekend byl pelen pozytywnych wrazen i z pewnoscia niepredko go zapomne. Salzburg jest piekny o kazdej porze roku, ale zima, udekorowany i rozswietlony, wyglada po prostu bajecznie! To jedno z tych miejsc, do ktorych kiedys wroce 🙂

Tymczasem Adwent dobiega konca, juz za tydzien Wigilia! Nie moge sie doczekac Bozego Narodzenia, te swieta za granica (i pierwsze poza domem!) beda na pewno niesamowitym doswiadczeniem, o ktorym oczywiscie opowiem w nastepnym odcinku 😉

Do uslyszenia! 🙂

Edycja specjalna: Niemiecki po austriacku

Nie jest chyba tajemnica, iz austriacka wersja niemieckiego nie zawsze do konca pokrywa sie z ta oficjalna. Jedno, to ze dialekt w mniejszym lub wiekszym stopniu wplywa na mowe codzienna, a drugie, ze niektore niemieckie slowa maja tutaj inne znaczenie, albo po prostu… nie istnieja.

Austriackim niemieckim rzadza dwie zasadnicze „reguly”: wstawianie „o” na miejsce „a” i skracanie wyrazow. Tak oto, przykladowo, w klasie zamiast „Ich bin das letzte Mal nicht da gewesen” raczej uslyszymy „I bin des letzte Mol net do gwesn”. Czasem tez dodaja „l” na koncu wyrazow („a bissl” zamiast „ein bisschen”), co stwarza pewne podobienstwo z dialektem bawarskim .
Zwroty grzecznosciowe to rowniez zupelnie inna bajka. Oczywiscie mozna uzywac tych wyuczonych w szkole, jednak jezeli nie chce sie brzmiec dziwnie (zbyt niemiecko), to lepiej „Guten Tag/Abend” zastapic austriackim „Servus!”, „Griaß di!” („Grüß dich!”), lub „Grüß Gott!”, a zamiast „Guten Appetit!” powiedziec „Mahlzeit!” (w domysle: „Einer schönen Mahlzeit!”).
W jezyku oficjalnym istnieje troche slow i zwrotow, do ktorych trzeba sie przyzwyczaic. Styczen to „Jänner”, szpital to „Spital”, a autobus to… „Autobus” 😀 . Nikt nie powie „Snack”, bo po co, skoro istnieje wyraz „Jause”, oznaczajacy wszelakiego rodzaju jedzenie, zabierane z domu do szkoly/pracy. Mowa potoczna rowniez jest dosc charakterystyczna. Jeszcze ani razu nie zdarzylo mi sie uslyszec, zeby ktos uzyl slowa „Stuhl” – zarowno krzeslo, jak i fotel sa „Sessel”. Jesli nie mozemy sobie przypomniec nazwy jakiegos przedmiotu lub jej nie znamy, to do dyspozycji mamy zwrot „das Dinsta-Bumsta”, cos w rodzaju „to tamto”. Niemieckie „(Es ist mir) egal” zastepuje tu „(Es ist ma) Wurscht”. Na koniec jeszcze mala ciekawostka. Pewnego razu uslyszalam w jakims opowiadaniu „…und schließlich hat der von ihr eine Fotze bekommen.” (niemieckojezyczni moga sobie wyobrazic, jak bardzo sie zdziwilam 😀 ). Postanowilam wiec dopytac, o co chodzi i, jak sie okazalo, byla to sluszna decyzja, poniewaz o ile ten zwrot w Niemczech bylby co najmniej dziwny, w Austrii oznacza po prostu… „dostac z liscia”.

Pod wzgledem jezyka nie moglabym wybrac lepszego kraju . Dzieki innemu rozlozeniu akcentow i drobnym roznicom w wymowie („ch” i „g” na koncu wyrazu to czesto po prostu „h” lub „g”), austriacki niemiecki jest bardzo melodyjny i naprawde polecam kiedys sie tutaj wybrac, zeby posluchac 🙂 Czysty (niestety dosc niezrozumialy) dialekt mozna spotkac glownie w Tyrolu, wszedzie indziej jest on obecny raczej w postaci pojedynczych slow (np. „vui” zamiast „viel”) i, znajac mniej wiecej niemiecki, mozna sie spokojnie dogadac. Przyjezdzajcie do Austrii! 🙂

To juz wszystko na dzisiaj.
Do nastepnego razu 🙂

Blog #6 – troche o Herbstferien, a troche osobisty

W trakcie kazdego roku szkolnego przychodzi ten dlugo wyczekiwany moment, kiedy zaczyna sie „sezon na wolne dni”. W trakcie kazdej wymiany przychodzi moment, kiedy mijaja zachwyty i trzeba ostatecznie zejsc na ziemie, dostrzec dobre i te nienajlepsze aspekty swojej sytuacji, kiedy wszystko staje sie „normalne” i codzienne. W dzisiejszym blogu bedzie wlasnie o tym – jak sobie z takim polaczeniem daje rade.

W Dolnej Austrii – kraju zwiazkowym, w ktorym mieszkam, ma miejsce swoista kulminacja wolnych dni. Pierwszym z nich jest swieto narodowe – 26.10 (data opuszczenia granic tego panstwa przez ostatniego rosyjskiego zolnierza, gdy uplynal czas okupacji po II wojnie swiatowej). Nastepnie przychodzi Wszystkich Swietych, a dokladnie dwa tygodnie pozniej, w dzien sw. Leopolda – patrona Dolnej Austrii – rowniez jest wolne. Przy tych okazjach wiekszosc uczniow moze spedzic dodatkowy dzien (czasem nawet dwa) w domu, jednak szkola, do ktorej uczeszczam, ma inny system. Nie ma lekcji tylko w dni ustawowo wolne, ale w zamian dostajemy ferie jesienne (tytulowe Herbstferien), ktore w tym roku przypadly na tydzien wokol Wszystkich Swietych. Mialam wiec duzo czasu do spedzenia nie tylko z rodzina goszczaca, ale takze w towarzystwie siebie samej i tego, co sprawia mi radosc.
Ostatnia niedziele pazdziernika zajela nam calodniowa wycieczka. Pojechalismy wraz z innymi czlonkami rodzinny na groby ich bliskich do dwoch sasiednich krajow zwiazkowych. Przy okazji zjedlismy razem obiad i wypilismy kawe. Widoki byly niesamowite – trafilismy w najbardziej kolorowy moment austriackiej jesieni, co w polaczeniu z pagorkami i miasteczkami w oddali dawalo niewiarygodnie piekny pejzaz. Wtorek rowniez spedzilam w rodzinnym gronie, odwiedzilismy wtedy reszte grobow. Jest jedna mala roznica pomiedzy cmentarzami polskimi i austriackimi – podczas, gdy u nas standardem jest plyta nagrobna, tutaj rodzina zmarlego czesciej decyduje sie na posadzenie malych kwiatow, chociaz wyjatki oczywiscie sie zdarzaja.

Reszte tygodnia spedzilam glownie w domu. Wolny czas wypelnialam w sposob niezbyt zroznicowany, ale bardzo sie z tego cieszylam, bo normalnie mam duzo zajec dodatkowych w szkole i chwila spokoju byla tym, czego chyba najbardziej potrzebowalam! Nauczyciele nie zadali duzo na ferie, wiec latwo sie uporalam z odrobieniem prac domowych. Robie postepy w pisaniu wypracowan na niemiecki, za to niestety coraz gorzej idzie mi polski, ale to chyba nic dziwnego 😉 . Kilka tygodni temu snilam tez pierwszy raz po niemiecku i kiedy chwile po obudzeniu sie zdalam sobie z tego sprawe, poczulam na raz zdziwienie (co sie ze mna wlasnie stalo???) i radosc – podobno sen w obcym jezyku to bardzo dobry znak 🙂 . Chociaz zaszly rowniez zmiany, ktorych wolalabym uniknac – zdarza mi sie uzywac austriackich lub potocznych wyrazen na miejsce tych w tzw. Hochdeutsch (ta oficjalna wersja niemieckiego, ktorej sie uczy), musze sie pod tym katem bardzo pilnowac.
Pozostaly czas ferii, ktorego mialam calkiem sporo, spedzilam glownie na cwiczeniu na pianinie po trzy-cztery godziny dziennie (kto mnie zna, zrozumie 🙂 ), przerabianiu kursu hiszpanskiego, ktory jakis czas temu kupilam oraz tak zwanym nicnierobienu (Agenci NCIS, „uspokajajace kolorowanki” itp.). Wczoraj przekonalam sie, ze bylo warto tyle czasu poswiecic na pianino! Na poczatku roku szkolnego dostalam utwor „Bagatelle” Batika (austriacki pianista jazzowy), ale jako, ze jest dlugi i dosc trudny pod katem technicznym i rytmicznym, przed feriami umialam zagrac tylko jego polowe. Podczas wolnego tygodnia popracowalam nad nim sporo i kiedy podczas wczorajszej lekcji zaprezentowalam efekty cwiczen (tzn. caly utwor z pamieci), nauczycielka zaproponowala mi wystep na drzwiach otwartych szkoly w przyszly piatek! Myslalam, ze nie posiadam sie z radosci 🙂 .

Jednak wracajac jeszcze do zeszlego tygodnia – bardzo ciekawe jest, ile o sobie samym mozna sie dowiedziec podczas wymiany. Gdyby przed przyjazdem tu ktos powiedzial by mi, ze jestem czasem jak kompletna intrawertyczka, pewnie rozesmiala bym sie i odpowiedziala cos w stylu „Jasne jasne, i moze jeszcze sadze w wolnym czasie marchewke”. Bo nie mialam pojecia, jak bardzo cenie sobie np. czas w swoim pokoju, sama ze soba, zajeta wylacznie wlasnymi sprawami. Nagle tez podejscie i zagadanie stalo sie wielkim problemem („a co, jezeli w Austrii tak sie nie robi?”). Jest tez kilka innych spraw, ktore wynikaja z kultury i trzeba sie do nich przyzwyczaic. Przyklad? Moze troche glupia sprawa i drobiazg, ale proszac kogos o gume do zucia (zelka, lub cokolwiek innego, co jest male i w paczce), oczekiwalam na poczatku, ze dostane calosc, zebym sobie sama wziela, tak jak z reguly jest w Polsce. Tymczasem jednak w Austrii duzo bardziej prawdopodobne jest, ze posiadacz pozadanego obiektu (ciekawa nazwa na gume do zucia 😀 ) sam wydobedzie z opakowania i poda w rece to, o co chodzi. Taki zwyczaj.
Austriacy generalnie zachowuja troche wieksza rezerwe niz my. Wyraza sie to miedzy innymi w nawyku, ktory jest moim chyba najwiekszym dotychczas problemem, wynikajacym z kultury. Mianowicie kiedy w Polsce zaczne robic cos, co jest dla innych problematyczne/krepujace/niegrzeczne/w stylu powyzszych, osoby dotkniete tym najprawdopodobniej w mniej lub bardziej uprzejmy sposob dadza mi do zrozumienia, co jest nie w porzadku i jak powinnam sie lepiej zachowac. Taka postawa jest jednak Austriakom bardzo obca, o czym przekonalam sie niestety nie raz i nie dwa na wlasnej skorze. Tutaj ludzie raczej zaciskaja zeby, a kiedy problem staje sie zbyt uciazliwy, to juz najczesciej jest za pozno, zeby cokolwiek naprawic, bo albo wybuchaja gniewem do tego stopnia, ze rzucaja byle jakie zdanie, komunikujace o co z grubsza chodzi i trzaskaja drzwiami, albo sie obrazaja. Ale z rozmow wiem, ze kiedy analogiczna sytuacja ma miejsce w kontakcie Austriakow z Polakami, to jestesmy odbierani jako niegrzeczni (nieuprzejmie bezposredni). Kwestia gustu 🙂

Inna rzecza, ktora jest nieodlacznym elementem wymiany, z reguly niestety uciazliwym, sa stereotypy o swoim kraju. I o ile rozumiem pytania, czy w Polsce jest zimno (w koncu jest bardziej na polnoc, wiec nawet logiczne), to bylo kilka sytuacji, w ktorych nie wiedzialam czy smiac sie czy plakac, np. „Czy w Polsce jest jeszcze komunizm, czy juz demokracja?” (-„Obawiam sie ze od 1989 roku, czyli od… ile by to juz bylo?… aha, od 27 lat jest demokracja.”), „Czy Polska przypadkiem nie zakazala noszenia hijabow i burek?” (Nie, kochanie, to byla Francja 🙂 „). Ale trudno, tego sie trzeba na wymianie po prostu spodziewac.

Ostatnio moje zycie tutaj „znormalnialo”. Nie mam na mysli nic negatywnego, po prostu juz przyzwyczailam sie troche. To wyraza sie tak naprawde w najprostszych codziennych czynnosciach – nie stresuje sie, ze za wczesnie lub za pozno wysiade z autobusu, mam swoja poranna rutyne, po prostu zaczynam zyc w pewien sposob automatycznie, tak jak w Polsce. Na tym etapie wyjazdu trzeba bardzo uwazac, zeby miec czas raczej wypelniony przez zajecia i zaplanowac tez czynnosci awaryjne – na wypadek nudy – bo ona w niezrozumialy dla mnie sposob zawsze, ale to zawsze prowadzi do tesknoty (nie tylko u mnie). W ten sposob mozna sie niepotrzebnie nabawic szoku kulturowego, takze warto pamietac o tym, jezeli ktos sie wybiera na wymiane 😉 . Oczywiscie brakuje mi rodziny i przyjaciol, ale nie jest zle, wypelniony czas naprawde pomaga 🙂 (to byl tez powod, dla ktorego troche cieszylam sie, ze ferie dobiegly konca).

Obawiam sie, ze moze byc ekstramalna zima, ostatnio rano sa temperatury bliskie lub ponizej zera, w ciagu dnia ok. 5-10 stopni. Na szczescie nie pada za duzo, chociaz bialo-szara masa chmur skutecznie zaslania niebo przez wiekszosc czasu. Podobno w tym tygodniu ma przyjsc snieg, ale nikt w to nie wierzy, slyszalam, ze tu takie prognozy z reguly zawodza. Mi tam sie zreszta to sniegu zbytnio nie spieszy, i tak kiedys spadnie, a przeciez ledwo zaczal sie listopad (co nie zmienia faktu, ze od dwoch tygodni sa bozonarodzeniowe swiatelka w miescie).

Na dzis bede juz konczyc, dlugi blog mi wyszedl, a chcialabym, zeby jednak ktos to przeczytal 😉

Do uslyszenia! 🙂

Post-Arrival Orientation

Minely 2 tygodnie a ja wciaz chce z powrotem… Ale od poczatku:

Post-Arrival Orientation to spotkanie organizowane przez YFU, majace na celu wymiane dotychczasowych wrazen oraz przygotowanie na dalsza czesc roku za granica. Obecnosc jest obowiazkowa, ale to sama przyjemnosc!
Zaczelo sie w piatek spotkaniem na dworcu glownym w Wiedniu. Ze stolicy jechalo kilkanascie osob, mieszkajacych niedaleko – tak jak ja 🙂 . Wiekszosc z nas nie znala wczesniej innych, ale jakos sie odnalezlismy. Jako, ze bylo przedpoludnie, kilka dziewczyn poszlo po kawe i tu pojawil sie maly problem (zreszta, jak sie pozniej okazalo, niejedyny), mianowicie staly dosc dlugo w kolejce i w efekcie, kiedy wpadlismy na peron, pociag juz tam stal, gotowy do odjazdu za 5 minut. Na dodatek okazalo sie, ze wagon, w ktorym mielismy zarezerwowane miejsca, znajduje sie dokladnie na drugim koncu skladu. W tym momencie zaczelismy juz biec. Nagle ktoras z dziewczyn bedacych przede mna odwrocila sie i stwierdzila, ze zniklo kilka osob z konca grupy. Zatrzymalysmy reszte, powiedzialysmy, co sie stalo i zaczelismy zastanawiac sie, gdzie moga byc i co zrobimy (3 minuty do odjazdu pociagu). Po ok. polminutowej dyskusji postanowilismy wsiasc i zadzwonic do nich. W ostatniej chwili wpadlismy do pociagu. Kiedy w koncu udalo nam sie dodzwonic do reszty, odetchnelismy z ulga – byli w pierwszym wagonie. Pozostal jednak jeden klopot. My bylismy tam, gdzie zarezerwowane przez nas miejsca, a w drugim wagonie, do ktorego oczywiscie nie moglismy przejsc, jechal kolega z papierkiem potwierdzajacym rezerwacje. Na szczescie pani konduktor okazala sie bardzo przyjazna i uznala zdjecie owej kartki, przyslane przez WhatsApp oraz oblozone barwna historia podzialu grupy 🙂 .
W pociagu spotkalismy sie z innymi osobami, ktore wczesniej wsiadly i tez jechaly na PAO. Reszta podrozy do Linz przebiegla spokojnie, jednak, zeby nie bylo za dobrze, na miejscu przydarzyla nam sie kolejna przygoda w stylu poprzednich. Kiedy przyjechalismy, musielismy natychmiast wysiasc i biec na inny peron, gdzie czekalo kolejnych kilkanascie osob z YFU. Bardzo sprawnie dotarlismy do nich, tym razem wszyscy, tak przynajmniej sie wydawalo… bo juz po chwili zauwazylismy braki w postaci dwoch dziewczyn z Tajlandii. Na szczescie w momencie, gdy spanikowani probowalismy sie do nich dodzwonic, wyszly zza rogu. Pociag przyjechal punktualnie i reszta podrozy minela bez zaklocen (przynajmniej z naszej perspektywy, szczerze wspolczulam natomiast wspolpasazerom spoza YFU).

Kiedy dojechalismy do Michelsdorf, czekali na nas juz wolontariusze i reszta wymianouczniow (w niemieckim jest na to fajne slowo – Austauschschüler, nie rozumiem, czemu w polskim go nie ma…). Wsadzilismy bagaze do samochodu i, pomimo kiepskiej pogody (troche padalo), weszlismy zgodnie z planem na gore do zamku. Mielismy chwile na przebranie sie (prysznic juz niekoniecznie, byly 4 kabiny na 37 osob) i zaczely sie zajecia. Po krotkim oficjalnym przywitaniu ruszylismy z warsztatami. Zostalismy w tym celu podzieleni na 4 grupy – jedna Azjatow, jedna Amerykanow i dwie Europejczykow, kazda miala zajecia w innym miejscu. W moim przypadku warsztaty polegaly na tym, ze najpierw mowilismy troche faktow o sobie, zebysmy poznali sie nawzajem, a nastepnie rozmawialismy o roznych rzeczach, ktore dotychczas nas spotkaly. Wszyscy bylismy zgodni w kwestii tego, ze w Austrii uczniowie po zajeciach nie robia spontanicznych wyjsc np. na kawe, tylko Tschüss i kazdy jedzie do siebie. Bardzo zdziwilismy tym stwierdzeniem wolontariuszke, ktora poprzedni rok szkolny spedzila we Francji i wedlug ktorej to wlasnie tutaj, w przeciwienstwie do jej kraju wymiany, robi sie duzo takich rzeczy. Oprocz tego opowiadalismy tez nieco o rodzinach goszczacych. Niektorzy mowili, ze sa zachwyceni, inni zlozyli juz wniosek o zmiane rodziny.

Gdy warsztaty dobiegly konca, zjedlismy obiadokolacje i poszlismy do Sali Rycerskiej, gdzie jeszcze przed naszym przyjazdem wolontariusze biala tasma nakleili na podlodze kontury mapy swiata. Kazdy po kolei najpierw stawal na miejscu, gdzie mniej wiecej lezy jego kraj, a nastepnie przypinal pinezke na mapie Austrii w miejscowosci, w ktorej teraz mieszka. Powiedziala bym, ze jestesmy rozlokowani w skupiskach odpowiadajacych rozmieszczeniu ludnosci w Austrii – najwieksza grupa mieszka w Wiedniu i okolicach, oprocz tego po kilkoro uczniow w Graz, Salzburgu, Linz i Innsbrucku, a reszta w sporej odleglosci od innych. Tutaj na chwile przerwe, celem wtracenia ciekawostki. Szczerze mowiac, przed wymiana nie mialam zielonego pojecia o tym, jak niewiele duzych miast jest w Austrii. Najwiekszy jest Wieden, 1,8mln mieszkancow, a na drugim miejscu lezy Graz, gdzie mieszka… 300 tys. osob (dla porownania: Warszawa jest prawie wielkosci Wiednia, a Bialystok, ktory ma dokladnie tyle ludnosci co Graz, jest na 11. miejscu w Polsce).
Do konca dnia rozmawialismy, tanczylismy, spiewalismy… 🙂

W sobote zaraz po sniadaniu ruszylismy z dalsza czescia warsztatow. Bylo troche o zasadach YFU dot. podrozy, o tym, jakie etapy wymiany przed nami, co zrobic jak zaczniemy tesknic za domem itp. Zajecia byly bardzo fajnie poprowadzone i trwaly prawie caly dzien. Po kolacji mialy miejsce nieco inne warsztaty – wolontariusze zorganizowali Wieczor Miedzykulturowy. Celem tego bylo przelamanie stereotypow i poznanie prawdy o krajach, z ktorych pochodzimy. Usiedlismy w kole tak, zeby osoby z tych samych panstw byly obok siebie i kazda z narodowosci dostala kartke, na ktorej napisalismy nazwy naszych krajow. Zasady gry byly bardzo proste – kiedy muzyka zaczynala grac, podawalismy kartke w prawo, a na tej, ktora dostalismy trzeba bylo wypisac wszytsko, co wiemy o danym kraju. Kiedy wolontariusze zatrzymywali piosenke, przekazywalismy arkusz sasiadowi itd. Na kartce Polski bylo doslownie wszystko – Warsaw, cold, vodka, good films, weird films, Krakau, Zofia (??? :D), „Go there, your car is already there”, curvy salad, generous, the ex-pope i wiele innych. Przy prezentacjach poszczegolnych krajow mielismy spory ubaw, a czas minal szybko. Warsztaty skonczyly sie dosc pozno, ale my siedzielismy i rozmawialismy jeszcze przez jakis czas. Atmosfera nie do opisania!

W niedziele wstalismy ledwo zywi (ale wstalismy!) i zaraz po sniadaniu wzielismy sie za pakowanie rzeczy. Nastepne dwie godziny spedzilismy na robieniu zdjec z tarasu (dla tego widoku oplacalo sie wchodzic na gore). Pozniej jeszcze troche tanczylismy, Meksykanie nauczyli nas jakiegos ukladu, ktory przygotowuje sie u nich na 15. urodziny, to bardzo wazne swieto.
Niestety po ok. godzinie przyszli po nas wolontariusze i musielismy wyruszyc w droge powrotna. Zeszlismy do stacji, odebralismy bagaze i juz po chwili siedzielismy w swoich pociagach.

Do domu wrocilam bardzo zadowolona, troszeczke niewyspana i smutna, ze sie juz skonczylo. Mysle, ze ze wszystkiego najlepsza byla atmosfera zaufania i wsparcia. Poznalam duzo osob w moim wieku w identycznej sytuacji, to bylo bardzo wazne. Z warsztatow tez sporo wynioslam, mysle, ze faktycznie ta wiedza przyda sie w trudnych sytuacjach.

Slowem – jestem bardzo zadowolona i nie moge sie doczekac nastepnego spotkania!
Do uslyszenia 🙂

Blog (nieco) spóźniony

I tak oto moim „regularnym” wpisom przydarzylo sie dokladnie to, co kazdej innej czynnosci odlozonej na pozniej… Dlatego tez dzisiaj bedzie szkolno-kulturowo-wypadkowo-zbiorowo 🙂

Wciaz zdarza mi sie zastanawiac, czy to wszystko nie jest po prostu snem, z ktorego za chwile wyrwie mnie budzik do polskiej szkoly. Nie mam zielonego pojecia gdzie podzial sie ten miesiac, ktory tu juz spedzilam!

W miedzyczasie poznalam cala rodzine i wszystkich wazniejszych znajomych. Dobra okazja do tego bylo przyjecie, ktore mialo miejsce w druga sobote wrzesnia. Swietowalismy urodziny mamy oraz dobrze zdana mature siostry. Przyszlo ok. 30 gosci, a atmosfera byla naprawde swietna, mialam wrazenie, jakby cala impreza trwala niecale pol godziny! Bardzo mila odskocznia po pierwszym tygodniu szkoly 😉
W domu czuje sie zupelnie jak u siebie. Z rodzina dogaduje sie doskonale, mam tez u nich pelne wsparcie. Bardzo dobrze trafilam rowniez w szkole, jednak mimo tego, za namowa nauczycielki pianina, przeszlam tydzien temu z klasy instrumentalnej do muzycznej. Ta decyzja okazala sie bardzo dobra. Mam teraz cztery zamiast dwoch godzin muzyki w tygodniu, a realizowany podczas nich program jest nieco inny – tematy historyczno-teoretyczne zastapilo ksztalcenie sluchu. Wszyscy staraja sie, zebym dobrze wkomponowala sie w ich grupe i nadazala na lekcjach, a kolezanki z poprzedniej klasy spotykam pomimo zmiany na wf-ie, angielskim, francuskim i pianinie. Jeszcze z tematu szkoly – siatka godzin lekcyjnych, do ktorej na poczatku nie moglam sie przyzwyczaic, okazala sie bardzo logiczna. 50 minut to bardzo dobra dlugosc zajec – mozna byc skupionym od poczatku do konca, a nie ma sprintu, zeby tylko skonczyc przed dzwonkiem. Brak przerw od 5. godziny rowniez jest dobrym rozwiazaniem. Nauczyciele z reguly koncza lekcje 2-3 minuty wczesniej, a do toalety mozna wychodzic podczas trwania zajec. Mowiac w skrocie, oszczedza nam sie po prostu kilkudziesieciu zbednych minut w szkole.

Austriacka mentalnosc jest troche inna. Podczas lekcji i rozmow rzucilo mi sie w oczy kilka ciekawych roznic – na przyklad zwyczaj dyskutowania na forum klasy na tematy polityczno – gospodarcze, absolutne minimum to raz w tygodniu. Przy okazji takich konwersacji kazdy stara sie zaprezentowac swoja wiedze, a wiekszosc osob dzieli te same poglady.
Inna ciekawostka warta opisania jest postawa ludzi wobec ojczyzny i ogolnie poczucie narodowosci. Potega, jaka dysponowalo panstwo Habsburgow jeszcze sto lat temu, odbija sie mocnym echem w mentalnosci dzisiejszych pokolen. Austriacy wciaz widza swoj kraj jako swego rodzaju imperium, i nie ma w tym w sumie nic zlego, taki juz ich patriotyzm 🙂

Teraz troche na inny temat, a mianowicie o najbolesniejszym ladowaniu mojego zycia. W okolicy, w ktorej mieszkam, zaczyna sie przedgorze Alp. Niedaleko mojego domu znajduje sie die Hohe Wand, ok 1000 m n.p.m. Od samego poczatku rodzina goszczaca zaplanowala nasza wycieczke na ta gore, zebym zobaczyla troche kraju. Pierwszy raz mielismy jechac w drugi weekend wrzesnia, ale wtedy pogoda zmusila nas do zostania w domu. Jednak nie poddalismy sie i w miniona niedziele postanowilismy odrobic zaleglosci. Pojechalismy samochodem, poniewaz decyzja o wyjsciu zapadla dosc spontanicznie kolo poludnia i nie zdazyli bysmy wejsc i zejsc przed zmrokiem. Na miejscu w pierwszej kolejnosci poszlismy do punktu widokowego „Skywalker”. Przy dobrej pogodzie widac stamtad Neusiedler See – jezioro oddalone o ok. 100km. My tego szczescia nie mielismy, poniewaz w powietrzu bylo troche za duzo pary wodnej, ale widok i tak byl niesamowity! Z jednej strony dosc plaski teren (Wiener Becken), z drugiej Alpy, a nad glowami mnostwo paralotni, bo to popularne miejsce dla osob lubiacych polatac. Nastepnym punktem programu byla Bajkowa Droga z innej strony gory. Znajduja sie tam trzy szlaki, przeznaczone do rodzinnych przechadzek. Po drodze mozna skorzystac z atrakcji przygotowanych pod katem dzieci aktywnych fizycznie (pajeczyny itp.), a jedna z nich jest spora konstrukcja, z ktorej mozna zeskoczyc z wysokosci ok. 2 metrow na zwir. Wygladala bardzo zachecajaco, wiec postanowilam, ze pojde sprobowac, w koncu kazda okazja do zdjecia w skoku jest dobra. Skoczylam, i wszystko szlo idealnie az do chwili, kiedy zaczelam ladowac i moje stopy, zamiast stanac na zwirze… pojechaly po nim. Reszty mozna latwo sie domyslic, dodam tylko, ze mialam wzgledne szczescie, konczac z obiciem kosci ogonowej, bo bolalo jakym cos zlamala. Widocznie pech nie zna kilometrow.

Bede powoli konczyc, napisalam chyba juz wszystko co chcialam i dosc duzo tego wyszlo. Postaram sie publikowac bardziej na biezaco, teraz sporo sie bedzie dzialo, wiec tematow do bloga z pewnoscia nie zabraknie 😉

Do zobaczenia 🙂

Back to school!

Taka juz przypadlosc wieku nastoletniego – mozesz wyjechac do miejsca oddalonego o kilkaset kilometrow, a szkola i tak cie dopadnie…

Nowy rok szkolny zaczelam w sposob niezbyt dobrze rokujacy, ale za to jak bardzo typowy dla mojej roztrzepanej osoby – przespalam budzik. Inna sprawa, ze moze tym razem nie byla to tyle wina twardego snu, co raczej faktu, iz wczoraj (dzisiaj) mialam spore problemy z zasnieciem – bardzo przezywalam, ze pojde do nowej szkoly i nie moglam przestac myslec o tym, jak bedzie. Dalo mi to jednak niepowtarzalna okazje do pobicia osobistego rekordu w robieniu makijazu na czas 🙂 Na szczescie dalam rade ze wszystkim i o 7:30 bylam, zgodnie z umowa, w sekretariacie. Tam powiedziano mi, gdzie moja klasa zaczyna lekcje. Rodzina goszczaca odprowadzila mnie pod drzwi sali.

Po uplywie kwadransu przyszla wychowawczyni i mielismy lekcje organizacyjna. Jestem w 7. klasie Gymnasium (odpowiednik 2. liceum), liczacej 29 osob, w tym 25 dziewczyn. Jedna z nich to Wloszka, ktora, jak sie pozniej okazalo, tez przyjechala na roczna wymiane :).
Pozniej, zgodnie z planem lekcji, poszlismy na 2 wf-y, a jako, ze nikt nie mial stroju, gralysmy w dwa ognie z inna klasa. Ostatnia lekcja byl angielski. Moja grupe prowadzi nowa nauczycielka, ktora zdaje sie miec duze wymagania – od razu zadala nam tematy referatow na 2. polowe wrzesnia oraz lekture. Wszyscy byli lekko zszokowani, bo u innych anglistek podobno tylko filmy sie oglada, takze zapowiada sie rok porzadnej pracy 😀
Po tym pierwszym dniu jestem bardzo zadowolona. Klasa okazala sie byc otwarta, sympatyczna i pomocna, mysle, ze sie spokojnie dogadamy. Mam juz zreszta kilka kolezanek :).

Teraz troche o mojej szkole, jako ze to wlasnie jej poswiecony jest ten blog. Nie wiem, ilu dokladnie uczniow liczy, ale szacuje, ze ok. 700-800. Wyrazna przewage liczebna maja dziewczyny. Jak juz wspominalam, jest to Gymnasium, czyli 4-letnia szkola, przygotowujaca bezposrednio do matury. Mysle, ze wlasnie dlatego chlopacy stanowia tu mniejszosc – wsrod nich zdecydowanie popularniejsze jest wyksztalcacenie zawodowe. Opinie o mojej szkole sa bardzo dobre, ma renome miejsca dla tych, ktorzy faktycznie chca czegos sie nauczyc (np. angielskiego 😀 ).

Jest kilka zasadniczych roznic pomiedzy szkola polska a austriacka. Rozpoczecie roku wyglada zupelnie inaczej-nie ma zadnych przemowien, wystepow itp., sa po prostu lekcje wedlug planu, a o stroju galowym nikt tu nie slyszal. Oceny sa od 1 (najwyzsza) do 5 (najnizsza=negatywna) i nie ma do nich zadnych plusow i minusow. Lekcja trwa standardowo 50 minut, jedyny wyjatek stanowi tu 45-minutowa (?) 8. godzina. System ten jest w ogole bardzo specyficzny – w wiekszosci szkol, nie wylaczajac mojej, ostatnia przerwa jest pomiedzy 4. a 5. lekcja, potem nie ma juz zadnej. Inaczej jest tez z notatkami podczas lekcji. Tu nikt nie ma zeszytow, zamiast tego wymaga sie od uczniow prowadzenia segregatorow, do ktorych wpina sie kartki z zapiskami. Czasem trzeba miec tez osobny Hefter (taki cieniutki segregator, przezroczysty z przodu i kolorowy z tylu) na poprawione prace pisemne.
Z przedmiotami szkolnymi jest tez zupelnie inaczej. Sa 4 przedmioty glowne: niemiecki, angielski, matematyka i drugi jezyk obcy (najczesciej lacina/francuski/wloski), a reszta to tak zwane przedmioty dodatkowe (wszystkie przyrodnicze, muzyka, religia, wf, historia oraz psychologia i filozofia). Sposrod nich trzeba wybrac sobie przynajmniej 3. Oprocz tego szkola oferuje roznorakie zajecia pozalekcyjne – jak dam rade czasowo, to planuje zapisac sie na drugi instrument (pierwszy – fortepian – mam „z urzedu”, w koncu to klasa instrumentalna 😉 ), chor oraz kolko teatralne. W budynku znajduja sie tez basen sportowy oraz sala fitness, z ktorych uczniowie moga do woli korzystac. Super sprawa 🙂

Jestem niewyobrazalnie zadowolona ze szkoly, do ktorej trafilam. Bardzo przyjemna jest swiadomosc, ze wszystkie obawy okazuja sie bezpodstawne 🙂

Musze juz powoli konczyc, robi sie pozno, a nie ma juz spania do 10, o 7:45 pierwsza lekcja!
Dobrej nocy i do uslyszenia 😉